Rzecz ciekawa, że coraz więcej instytucji i organizacji zaczyna wykorzystywać jako szyld swoją domenę internetową. Na gimbusie widzimy napis www.pikutowodolne.gov, na bilbordzie www.guttebank.com, a Partia Miłośników Ludowładztwa występuje na afiszach oraz kartkach wyborczych jako milusiapartia.pl
O czym to świadczy, jak nie o zrozumieniu przez speców od marketingu, że znaczna i stale rosnąca część społeczeństwa myśli kategoriami pochodzącymi z internetu, buduje przy ich pomocy emocjonalny stosunek do zjawisk oraz ofert, z którymi się spotyka? Internet jest na fali, uznawany za nowoczesny lub po prostu modny. Warto więc się z nim kojarzyć, choćby po to, żeby nie zostać uznanym za zacofanego.
Jednak to zjawisko ma głębszy charakter. Rewolucja informatyczna oznacza, że powstały zupełnie nowe możliwości wprowadzania informacji do obiegu publicznego oraz ich pozyskiwania. Mass media, czyli telewizja, radio i prasa są nadal ważne, ale przestają być niezastąpione jako nośnik, element pośredniczący w przepływie informacji. Wywołuje to zmiany w skali społecznej i w zachowaniach jednostek. Przebiegają one bardzo prędko, już teraz są widoczne gołym okiem.
Ludzie szybko uczą się korzystać z nowych możliwości i w konkretnych sytuacjach postępują inaczej, niż dziesięć czy dwadzieścia lat temu. Chcąc - powiedzmy - kupić lub sprzedać samochód, musieliśmy niegdyś udać się do biura ogłoszeń, żeby zamieścić odpowiedni intersat, lub wertować gazety, żeby znaleźć oferty. Dzisiaj nie ruszając się z domu możemy wystawić auto na sprzedaż lub wylicytować je i zapłacić przelewem elektronicznym.
Student nie grzebie już w szufladach katalogu bibliotecznego, tylko wpisuje hasło w okno wyszukiwarki, klika i za ułamek sekundy ma wynik. Żeby dowiedzieć się, o której jest pociąg, nie idziemy na dworzec ani nie telefonujemy do informacji PKP, tylko wchodzimy na odpowiednią stronę internetową i uzyskujemy kompletną informację o połączeniach. A kiedy ktoś chce zadzwonić, żeby np. zamówić pizze z dostawą do domu, nie szuka numeru w książce telefonicznej, tylko wstukuje w Google nazwy potrawy i miejscowości.
Tak to wygląda po stronie poszukujących informacji, a jak rzecz się ma z punktu widzenia osób oraz instytucji zainteresowanych ich upowszechnieniem? Przede wszystkim trzeba nadać komunikatom odpowiednią formę i ulokować je w miejscu, w którym zostaną łatwo odnalezione, pobrane oraz przyswojone. Czyli na stronach internetowych.
Tym, którzy tego zaniechają, przegapią lub zlekceważą współczesne trendy, grozi wypadnięcie z obiegu informacji, a w najlepszym przypadku pozostanie w niszy. Właściciel pizzerni będzie mógł liczyć na klientów tylko z najbliższej okolicy, nie zadzwoni do niego nikt z drugiego końca miasta, bo nigdy nie dowie się o istnieniu zakładu. Polityk nie pozyska poparcia, organizacja członków i sympatyków, bo co to za firma, której nie stać nawet na witrynę internetową?
Przyszłość należy do tych, którzy dostrzegą i zrozumieją kierunek, tempo oraz głębokość zmian.